Retoryczne pytanie wywołuje niepokojące wizje: co by było, gdyby zaniemógł taki na
przykład pierwszy mechanik (o kucharzu aż strach pomyśleć!)? Plaster na chorobę
morską nie zawsze działa, a aplikuje go sobie w chwili niemocy nawet Kapitan.
Cieśniny byśmy nie przepłynęli i prędko w kaftanach ratunkowych siedzielibyśmy na
włoskim posterunku straży przybrzeżnej. Ale to za mało, by mnie zmobilizować do
zejścia rozbujanego i trzeszczącego piekła mesy! Jestem zdesperowana i gotowa na
kary mutylacyjne.
Podsłuchiwanie polskich członków ośmioosobowej załogi, gdy w zasięgu
wzroku nie widać Kapitana, a tym bardziej uczestniczenie w uprzejmej angielskiej
konwersacji, to rozrywka na miarę Monty Pythona. Zwłaszcza, że brakuje nam nieco
do biegłości zarządzającego nami native speakera. Konwersujemy ze sobą po
angielsku w obliczu wyraźnego nakazu Kapitana i nie jest nam do śmiechu, gdy
przyłapuje nas na swobodnej pogawędce po polsku. Podobno Kapitan bywa
bezlitosny, a kary – surowe. Dodajmy, kary wymierzane przez Kapitana, najwyższą
i jedyną instancję na jednostce pływającej. Dlatego, w celu ubarwienia sobie
monotonii morskiego pejzażu, pogrążamy się w coraz ciekawszej rozmowie w języku
synów Albionu...