Zahartowana załoga składa się z amerykańskiego kapitana (z szacunkiem myślę o nim
i nazywam: Kapitanem, bo nauczył mnie przyrządzać amerykańskie steki), włoskiego
kucharza (we właściwej kolejności), Moniki - pierwszej stewardessy, Nadii – drugiej
stewardessy prosto z Odessy, nawigatora, mechanika i pierwszego oficera –
wszystkich trzech z polskich miast portowych. Wszyscy niepokoją się moim stanem
i zalecają spróbować wszystkiego: od uspokajających czopków do zabiegów
relaksacyjnych i medytacji. Nie pozwalają mi umrzeć z godnością w kajucie i pisać
testamentu. Nie mogę też zaszyć się po kryjomu z krakersami w pokojach dla gości.
W obliczu rozmowy z Kapitanem staram się przypomnieć sobie wszystko, co kiedyś
mnie mobilizowało do działania, ale to nie działa, gdy mną buja i jacht trzeszczy.
Kapitan przemawia do mnie z łagodną perswazją i uśmiecha się widząc mój staranny
przedziałek, bo to oznacza, że z trzecią stewardessą wcale nie jest jeszcze tak źle.
Mówi o tym, że długo jest Kapitanem, że to bardzo bezpieczny statek, że dużo zależy
od mojego poczucia bezpieczeństwa. Uspokojona wspinam się na pokład, jedyne
miejsce, gdzie docenia się urok żeglowania i obecności na pełnym morzu. Gdy tak
zapadam w sen starając się zapomnieć o niewygodach wyszorowanych desek,
bezszelestnie obok mnie zjawia się Monika. Nie jest zadowolona z tempa mojego
prasowania, chociaż myślałam, że odkryłam zen prasowania. Niezbyt dobrze ocenia
też postępy mojej choroby, jest jednak dobrej myśli widząc mój entuzjazm
i posprzątaną po śniadaniu mesę i kajutę.