Dzis iz wery strejndż – wyrywa mnie z rozmemłania umysłowego głos Marka,
pierwszego mechanika. Moja choroba morska trwa drugi dzień od wypłynięcia
z włoskiego portu i nie pamiętam, dlaczego Marek chce rozmawiać ze mną po
angielsku. Po chwili przypominam sobie: jestem na pokładzie jachtu jednego
z najbogatszych ludzi w Italii w charakterze trzeciej stewardessy i płyniemy
zatankować na Maltę przed podróżą do Grecji z całą rodziną i gośćmi il Signore.
Przypomnienie tego faktu osłabia trochę moją podreperowaną na pokładzie
kondycję... Nie wolno mi zejść do mesy, bo to dla chorego człowieka jest to jak
zstąpienie do piekła, dlatego decyduję się kontynuować konwersację z Markiem – łot
iż soł strejndż, Marek – pytam i sięgam szybko po suche solone krakersy, żeby
odegnać widmo prześladującego mnie, chorobliwego odruchu. Krakersy jeszcze przed
wypłynięciem z portu dostałam od włoskiego kucharza, mają działać podwójnie: jako
amulet i pierwsza pomoc na pełnym morzu, gdy bezlitośnie buja jachtem
i człowiekiem. Rozbawiona podarkiem nie doceniam tego gestu, by znacznie później
ocenić jego wagę: to jedyne nadające się do spożycia źródło solonych węglowodanów
na pełnym morzu, gdy na nic innego nie możesz patrzeć, a co dopiero zasysać posiłki.
Marek opowiada o delfinach i zaleca, żeby uważniej obserwować morze.
Uważnie, to ja obserwuję przede wszystkim granatową linię horyzontu, bez żadnych
sentymentalnych uniesień, bo dla mnie pozbycie się objawów choroby morskiej to
poważna, nie cierpiąca zwłoki sprawa. Podobno obserwacja czegoś stabilnego, jak
choćby ta linia horyzontu, pomaga na tłumione z całej siły odruchy. Jak serwować
posiłki w takim stanie? – zgłębiam to zagadnienie już drugi dzień nie znajdując
odpowiedzi.