Znalazłam się na tym ogromnym jachcie pod banderą Luksemburga nie tak
znowu przypadkowo. I nie muszę nawet ubarwiać tej ciekawej historii, żeby, chociaż
na chwilę, oderwać Was od tych papierów na biurku rywalizujących z moją
opowieścią. Relacja ta jest owocem mojej podróży i wierzeń, że praca fizyczna może
mnie wyzwolić z siebie i, przynajmniej na okres wakacji, pozwoli zapomnieć o swojej
historii. Tak się nie stało, mit okazał się mitem, za to ja przeżyłam wtajemniczenie na
Malcie.
Moje skojarzenia maltańskie, poza wiadomościami związanymi
z rozszerzeniem Unii Europejskiej, były tak ubogie i jałowe, że w szale
przedwyjazdowej gorączki, decyduję się jeszcze przekartkować, podsuniętą mi przez
jednego z łaskawych sąsiadów, grubaśną (objawienie: to aż tyle?) historię Malty.
Sąsiad jest poruszony moim wyjałowieniem umysłowym i ogromnym entuzjazmem
dyletanta. Decyduje się wręczyć mi w dniu wyjazdu plik kserokopii z powyższej,
arcyciekawej, książki. Stan skojarzeń na dzień wyjazdu wygląda następująco: Święty
Paweł (po przekartkowaniu) - joannici – ostoja chrześcijaństwa – janczarzy
w natarciu – Caravaggio (o pobycie Michel Angelo Merisi da Caravaggio na Malcie
wiedziałam – punkt dla mnie) – flaga maltańska – i nie będę kontynuować tego
żenującego dla wielu czytelników opisu.